Hałas samochodowego alarmu włączonego w czyimś aucie za oknem zupełnie jej nie przeszkadzał. Siedząc w starym zielonym fotelu, w pokoju gdzie z za szarych firan wpadała czerwień z wiszącego na budynku neonu- myślała. Myślała o życiu, które uciekało jej między palcami, o rzeczach, które jeszcze planowali zrobić, o planach zawodowych i o wyjeździe do Indii. Już wie że to wszystko mrzonki, wie że nic nie będzie takie jak kiedyś, żal jej ich wspólnych Indii i czasu który straciła. W pamięci odtwarza dźwięk jego głosu, jego zapach, dotyk jego ciepłych dłoni. Mała słona łza spłynęła szybko po jej lewym policzku. Dziś chciałby obudzić się któregoś ranka i zapomnieć o wszystkim. Mieć w sercu tę starą radość, cieszyć się z każdej małej rzeczy, której wcześniej nie dostrzegała. Bo od tego smutnego wieczoru wszystko będzie inaczej, rozpłakała się na dobre. Rozpacz i żal niemiłosiernie ściskały ją za gardło. Przełykając łzy słyszała tylko swój głośny płacz i jego krzyk gdy tonął. Mimo że minął już rok wciąż miała przed sobą jego przepełnione strachem oczy, oczy błagające o pomoc, oczy które chciały żyć, oczy które kochała najbardziej na świecie. Nie, nie potrafi wybaczyć sobie że bardziej go nie kochała oczywiście jeżeli można kochać bardziej, że spóźniła się na jego trzydzieste trzecie urodziny. Nie mogła sobie darować wielu innych banalnych rzeczy choć nie banalnych dla niej a najbardziej niszczyło ją to że ten wyjazd na żaglówki to był jej pomysł. Wraz z nim zatonęło jej życie, zatonęła radosna dziewczyna z marzeniami i błyskiem w oczach. Naciągnęła na siebie ciepły, wełniany koc, jej oddech znów stał się głęboki i miarowy. Wylała już tyle łez że na więcej nie miała już siły. Tak, straciła go na zawsze pewnego czerwcowego dnia gdzieś na środku jeziora. Już nigdy go nie zobaczy i to jedyna rzecz, której była dziś pewna. Cicho śpiewający Rod Stewart utulił ją do snu.
Koło południa wreszcie zjadła śniadanie. Dzień zapowiadał się cudownie, przez uchylone okno wpadały ciepłe promienie słońca. Czując na skórze delikatny wiatr, zamknęła na chwile oczy. Postanowiła zacząć żyć od nowa. Tak jak mówiła Zosia, wstała wzięła szybki prysznic, wklepała na twarz drogi krem, który podobno działa cuda. Założyła swoje ulubione jeansy i biały t-schirt. Włosy związała w luźny kok i ku swojemu zdziwieniu stwierdziła że wygląda dobrze, nawet bardzo dobrze. Jej odbicie w lustrze nieśmiało się do niej uśmiechało.
- zrób coś dla siebie - mówiła Zosia, kup sobie coś ładnego, nową płytę z ulubioną muzyką. Usiądź na trawie, spróbuj się zrelaksować, przeczytaj dobrą książkę. Ogarnij się wreszcie, świat się nie skończył. Musisz żyć, choć bardzo byś chciała nie zmienisz tego co było. Otwórz się na kolejny dzień. On chciałby żebyś żyła.
Cztery ostatnie magiczne słowa podziałały jak zaklęcie. Zrobi to, pomyślała. Co jej nie zabiję to ją wzmocni, choć powtarzane tyle razy teraz widzi w tym sens. Będzie żyć swym życiem dla niego a potem zobaczy.
W Galerii panował tłok, wszędzie przepychający się ludzie. Chłód klimatyzacji i mrożona kawa ze starbucksa pozwoliły jej na chwilę odetchnąć od lipcowego upału i duchoty. Chodziła i przyglądała się ludziom. Gdzieś w rogu między kawiarnią a salonem prasowym drobna brunetka krzyczała na mężczyznę, gestykulując żywo rękoma. Choć Laura nie słyszała wymiany zdań ani sensu rozmowy nie mogła nie dopuścić do siebie pytania co zrobiłaby ta kobieta gdyby wiedziała że jutro go starci. Uświadomiła sobie właśnie jak ludzie nie potrafią cieszyć się chwilą, tym co mają, tymi których mają! Tylko ona wie jak bardzo chciałaby cofnąć czas. Nie jechać na Mazury tylko spędzić te dni w górskiej chacie rodziców Sebastiana. Tak jak chciał on, dlaczego go nie posłuchała?!
Z nową książką Khaleda Hosseini kierowała się do wyjścia.
- przepraszam, przepraszam - usłyszała
Skierowała swój wzrok w kierunku dobiegającego głosu.
- przepraszam, przepraszam - usłyszała
Skierowała swój wzrok w kierunku dobiegającego głosu.
- przepraszam Panią - powiedział przystojny brunet o czarującym uśmiechu.
- tak słucham, o co chodzi? niepewnie zapytała Laura
- umówi się Pani ze mną na kawę?
Nie miała ochoty na nowe znajomości, tym bardziej na nowych mężczyzn. Nie jeszcze nie teraz, teraz jedyne czego potrzebuje to czas, czas dla siebie i spokój. Rzuciła krótko by jakoś się wykręcić:
- przykro mi, mam męża.
- nic nie szkodzi, powiedział on
- i dwoje dzieci dodała przez ramię
- to mi nie przeszkadza odpowiedział w uśmiechu pokazując swoje białe zęby
Co za dupek, pomyślała ciskając w niego najostrzejsze ze swoich spojrzeń. Odwróciła się na pięcie i odeszła, choć równocześnie było jej miło że wciąż wzbudzała zainteresowanie swoją osobą. Kolejna myśl była już gorsza. Poczuła jakby go zdradzała i łzy zaczęły strumieniem płynąć po jej twarzy. Biegła coraz szybciej podziemnym przejściem pod galerią. Gdy w końcu wyszła na ulicę i gorące słońce zalało jej twarz - zatrzymała się. Z portfela wyjęła jego zdjęcie, przytuliła do serca i po woli zaczęła odzyskiwać grunt pod nogami. Był jak jej talizman, po kilku głębokich oddechach w końcu się uspokoiła. Nikt nie mówił że będzie łatwo, i niestety nie było. Odgarnęła włosy, założyła przeciwsłoneczne okulary i wolno ruszyła przed siebie.